31 paź 2025

Więc to on
Prawdziwy
Można słuchać
Nie słysząc
Wyciągając dłoń
Wracać z pustką
Patrzeć
Odwracając wzrok
Odczuwać ból
Nie cierpiąc
To cud
Zbliżać się 
Niszcząc
Czytać
Paląc
Uśmiechać się do dziecka
Mówiąc, ze to potwór
Tuląc kwiat
Mieć w sercu wstręt
To cud
Nie nosił ochronnej maski
Więc wiatr od pustyni
Wypalił mu oczy

Teraz wychodząc ze szpitala
Dziwił się, że jeszcze widzi
I choć twarz miał nabiegłą krwią
Z wysiłku, by pobudzić łzy
Bo płakać mu się przecież chciało
Oczy lśniły
Piaskiem

Obowiązkowa wycieczka

Od pierwszego dnia w przedszkolu
Cieplutko i kolorowo
Przyodzianych dzieciaczków
Badających przebieg drzewnych słoi
Z rozumieniem liter sylab
Pierwszych myśli w mowie matek
Spisywanych drżącą czcionką
W bujnych nastoletnich snach
Dojrzałych latach pewności
Stabilnych jak pomniki
Zwycięzców
Powinniśmy po stopniach
Wspiąć się
Raz w roku
Niespiesznie
Dopasowując krok
W wycieczce
Na szafot

29 paź 2025

Bosą stopą serca
Krok
W dowolnym kierunku
Szukanie
Pytanie
Łagodny mech
Kamienne ostrze
Zarośnięty dół
Czy potok
Gałąź akacji złamana
Ciężarem kwiatów
Szumiący nadmorski piach
Czy delikatna dłoń

26 paź 2025

W chmurze drzewa
Grzmi kolorami
Jesieni
Natłok kropli liści
Który pocałuje pierwszy
Wilgotną ziemię
Pachnącą
Życiem i śmiercią
Żółkną w beznadziei 
W czerwieniach płoną pożądaniem
Brązowieją z tęsknoty
Purpurowieją od strachu
To na nic
O pierwszym przedwczesnym zmroku
Jak nieczuły rodzic
Zamykający malca w karuzeli
Pchnie je
W niewymuszony taniec
I ostatnie spełnienie
Zeschniętego deszczu
Spragnionej gleby


20 paź 2025

Mur między nami
Nagi
Ceglany
Kamienny
Betonowy
Porośnięty
Bluszczem
Winoroślą
Różą
Pomalowany
Graffiti
Zdobiony
Sgraffito
Najlepsze miejsce
Żeby rozstrzelać
Człowieczeństwo

19 paź 2025

Po latach spędzonych w więzieniu
Przeprowadził się do cysterny
Wejście po drabince
Do przytulnego wnętrza
Jakby stworzonego ku poznaniu
Zwielokrotnionego
Siebie
To chciał zmienić
Nie wchodzić przez drzwi
Nie mieć ścian, podłóg i sufitu
I najważniejsze
Zawiesić firanki